10 ciekawostek o piratach, porywaniu statków i piciu rumu

Adieu · 30 stycznia 2014 joe monster org

Zapewne każdy doszedł kiedyś do wniosku, że dobrze byłoby zostać piratem. Pływać po morzach i oceanach, łupić statki i porywać piękne damy. W czasie wolnym leżeć pod palmą i popijać rum. Tymczasem jedyna palma, jaką nam dano, to ta na rondzie de Gaulle’a, a za łupienie nas wzięli się politycy. Oto 10 ciekawostek o piratach – na wypadek gdyby ktoś jednak zechciał zmienić swój los.

Skąd tyle wiemy o piratach?

Mieć monopol na przekazywanie informacji to marzenie każdej władzy – tylko tak można bowiem w pełni sterować ludzkimi umysłami. W przypadku piratów niemal się to udało, bo większość informacji o największych spośród korsarzy ma swoje źródło w jednej książce. Dzieło to nosi nazwę „Historia najsłynniejszych piratów, ich zbrodnicze wyczynki i rabunki” i powstało w 1724 roku. Autorstwo „Historii” pozostaje kwestią sporną – według różnych wersji przypisuje się je albo kapitanowi Charlesowi Johnsonowi, albo Nathanielowi Mistowi, który z żeglarza stał się sprawnym pisarzem i dziennikarzem. Według innych wersji za powstaniem encyklopedii piratów miał stać Daniel Defoe, autor znany najbardziej z „Przypadków Robinsona Cruzoe”.

Piraci vs Juliusz Cezar

Porwania dla okupów znane były już w I wieku przed naszą erą albo i wcześniej. Z logistycznego punktu widzenia pozostawiały jednak sporo do życzenia. Wypada wszak wiedzieć przynajmniej, kogo się porywa, bo to dość istotne kryterium przy wyznaczaniu wysokości okupu, nieprawdaż? Tym większe było zdumienie Juliusza Cezara, kiedy piraci zażądali za niego dwudziestu talentów. Z pewnością nie była to wysoka cena za życie imperatora, który nawet sugerował piratom przynajmniej podwojenie stawki.

Historia nie zachowała w pamięci, co bardziej zdenerwowało Julka – sam fakt porwania, czy też wyznaczenie zbyt niskiego, jego zdaniem, okupu, niemniej jednak pierwszym, co zrobił Cezar po 38 dniach niewoli na Morzu Egejskim, było wysłanie kilkudziesięciu statków z uczciwą zemstą. Imperium Rzymskie kontratakuje!

Skarb czeka… nadal

Jednym z najbardziej znanych piratów w historii był Oliver Levasseur, Francuz z pochodzenia. Żył na przełomie XVII i XVIII wieku – do nieszczęsnego schwytania na wyspie o wiele mówiącej nazwie Bourbon. Za pełną sukcesów piracką karierę skazano Myszołowa, bo takim przydomkiem cieszył się Levasseur, na śmierć przez powieszenie. To nie przeszkodziło piratowi, by raz jeszcze zaśmiać się sprawiedliwości prosto w twarz. Na chwilę przed egzekucją cisnął w tłum naszyjnik z inskrypcją, która – odcyfrowana – prowadzić miała do skarbu. „Znajdź mój skarb ty, który potrafisz to przeczytać”, brzmiały ostatnie słowa Levasseura.

Chętnych do rozszyfrowania kodu nie brakowało i nie brakuje dalej. Mimo że naszyjnik nie doczekał naszych czasów, przetrwał sam kod. A skarb Levasseura, zapewne jeden z wielu pirackich spadków, nadal czeka na odnalezienie.

Komu by się chciało zakopywać skarb…

Wbrew wielu legendom i wyobrażeniom, zakopywanie skarbu wcale nie było ulubioną czynnością piratów. Mało tego – byłoby to ze wszech miar nielogiczne. Co nie zmienia faktu, że byli piraci, którzy pozostawili po sobie niemałe fortuny poukrywane na bezludnych wyspach, w skrzyniach przysypanych całymi warstwami piachu. Pozostali zwykle dzielili skarb zaraz po złupieniu pomiędzy członków załogi – a ci zazwyczaj widzieli dlań lepsze zastosowanie. To raz. Dwa – skarbem nie zawsze były skrzynie pełne złota. Znacznie częściej były to materiały, jedzenie, drogocenne wówczas przyprawy – słowem wszystko, co zakopane w ziemi, bardzo szybko uległoby zniszczeniu. A ukraść, żeby zmarnować, potrafi tylko polski rząd.

Dobre życie z piratami kosztuje

Mimo że piraci nigdy nie byli tak pazerni jak bankierzy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy, dobre życie z nimi kosztowało krocie. Boleśnie przekonali się o tym Amerykanie – w chwilę po tym, jak zachciało im się ogłosić oddzielnym narodem. Za cel amerykańskie statki wzięli sobie Berberowie – żyjące koczowniczo plemiona z północnej Afryki. Skutecznie i dotkliwie używali sobie na czymś, co kilkaset lat później miało przekształcić się w Marynarkę Wojenną Stanów Zjednoczonych. Nie mając wystarczająco siły, Amerykanie zdecydowali się płacić piratom za „ochronę”. Doszło nawet do tego, że na początku XIX wieku aż jedna piąta wydatków Stanów Zjednoczonych trafiała w ręce Berberów. Piracka sielanka trwała do 1816 roku, kiedy z Berberami skutecznie rozprawili się Brytyjczycy, dokonując tego, co nie udało się Amerykanom podczas dwóch wojen berberyjskich.

Piraci vs mnisi

Nie tylko Amerykanie mieli poważne problemy z piratami. Dwa i pół wieku wcześniej podobny los spotkał Chińczyków, których państwo bezlitośnie grabione było przez piratów wywodzących się ze wschodnich Chin i Japonii. Kiedy sytuacja stała się naprawdę beznadziejna, poproszono o pomoc mnichów z Shaolin. Stanęli na wysokości zadania, spuszczając łomot piratom trzy razy w 1553 roku. Ostatnie zwycięstwo było szczególnie efektowne – naprzeciw siebie stanęły równe liczebnie armie złożone ze stu dwudziestu ludzi. Śmierć poniosło czterech mnichów. I wszyscy piraci…

Jednak jeszcze w tym samym roku doszło do kolejnego starcia – tym razem zakończonego zwycięstwem piratów. Za przyczynę porażki w pewnym stopniu uznaje się fakt, że mnisi stracili zainteresowanie walką. Cokolwiek by to miało po 460 latach znaczyć…

Piraci vs równouprawnienie

Choćby Magdalena Środa i Kazimiera Szczuka stanęły na głowach (swoich własnych bądź wzajemnie), nic nie zmieni faktu, że zawód pirata był niemal wyłącznie męski, a kobiety na statkach korsarzy znajdowały się niezwykle rzadko. Do wyjątków należały Anne Bonny i Mary Read, obie żeglujące na tym samym okręcie na początku XVIII wieku. Ponieważ jednak równouprawnienie działa tylko wtedy, kiedy paniom jest wygodnie, w momencie schwytania Bonny i Read zadeklarowały, że są w ciąży i uniknęły podzielenia losu swoich niedawnych, powieszonych towarzyszy morskich podróży.

Najbardziej znana tortura to mit

To znany obrazek, chociaż głównie z filmów rodem z Hollywood. Nieszczęśnik, z nieodłącznym motywatorem w postaci szabli przystawionej do pleców, przekracza burtę i wędruje chwiejnym krokiem po wystającej na kilka metrów desce. Nieszczęśnik zwykle jest skutecznie związany, często ma też opaskę na oczach, a jego przyszłość zdecydowanie nie maluje się w jasnych barwach. W najlepszym razie czeka go śmiertelny zawał, w najgorszym spotkanie z wygłodniałymi rekinami. Tak czy inaczej nikt, kto wszedłby na piracką deskę śmierci, nie miał prawa wrócić z niej żywy. W taki sposób piraci mieli rozprawiać się ze szczególnie nielubianymi osobnikami. Problem w tym, że to wszystko mit, a wykorzystanie tej osobliwej formy tortur zostało udokumentowane tylko w kilku odosobnionych przypadkach.

Prawo jazdy na okręt piracki

Wydawałoby się, że szkolenie na pirata mogłoby dzisiaj być co najwyżej domeną jednej z polskich prywatnych szkół dla tych, dla których matura z 30-procentowym progiem i tak jest zbyt wielkim wyzwaniem. Tymczasem za szkolenie przyszłych piratów wzięła się tak renomowana uczelnia jak Massachusetts Institute of Technology. Ukończenie pirackiego kursu w MIT wymaga zaliczenia czterech egzaminów i złożenia przysięgi. Dyplom, upoważniający do przełączenia Facebooka w tryb pirata, drukowany jest stosownie do tematu – na pergaminie. Aha – z tego, co wiadomo, kurs w MIT nie obejmuje jednak kluczowych zagadnień abordażu ani degustacji/destylacji rumu.

I wreszcie… skąd ten rum?

Jest tyle innych, wcale nie mniej smacznych alkoholi – dlaczego piraci upodobali sobie akurat rum? To domena nie tylko piratów, ale całego morskiego świata. Niegdyś marynarzom przysługiwały dzienne racje piwa, które jednak dość szybko się psuło, przez co było niepraktyczne. Do utrzymywania kontroli nad załogami potrzebny okazał się alkohol trwalszy, mocniejszy. Ponieważ Francuzi ograniczyli produkcję brandy, wybór padł na łatwo dostępny zwłaszcza na Karaibach rum. Ale to tylko pół prawdy. Rum był mocnym alkoholem, marynarze otrzymywali go więc w bardzo niewielkich dawkach – zdecydowanie zbyt małych, by się pospolicie upodlić. Co bardziej przedsiębiorcze wilki morskie gromadziły więc większe zapasy rumu, wyznając zasadę, że lepiej nawalić się raz a porządnie niż kilka razy „po trosze”.

Wtedy ktoś bardzo złośliwy wymyślił grog, czyli rum rozcieńczony wodą, z dodatkiem soków czy cukru. Koniec końców i tak nie można było się solidnie upić. Ciężkie musiało być życie pirata!

<<< wróć do spisu treści

skontaktuj się z nami

jeśli masz jakiekolwiek wątoliwość, pytania…
zadzwoń: +48 733 710 608
lub napisz: sailskipperpl (at) gmail.com

Loading...

Subskrybuj

aby jako pierwszy otrzymywać informacje o naszych nowych oferach i promocjach.

Obiecujemy że nie będziemy cię niepokoić częściej niż raz na tydzień!

Dziękujemy za subskrypcję!